czwartek, 2 grudnia 2010

poranna masakra

7.06 - wyszedłem z domu, niestety gospodyni uznała, że priorytetowy jest chodnik w drugą stronę, więc przebijam się przez śnieg do połowy łydki w drodze na przystanek. Przynajmniej nie sypie.
7.13 - stoję na przystanku. O tej godzinie powinien być 506 na uniwerek... choć nie, dzisiaj powinien to złe słowo, w rozkładzie o tej godzinie jest 506. Nie widać go. Przyjeżdżają za to 2 sztuki 190, a za nimi majaczy 112. Wybieram to pierwsze z nastawieniem na przesiadkę do E2 przy Ratuszu na Bemowie.
7.19 - do ratusza dojechałem gładko. Skręcając obczaiłem, że E2 już szykuje się do swojego skrętu w Górczewską więc wysiadłem, co by się przesiąść... i to był początek końca
7.25 - E2 trochę postał na światłach, ale w końcu podjechał. Z otwartych drzwi wysypała się nadwyżka pasażerów ze środka, a do środka chciało isę ich wepchać jeszcze więcej - oczywiście przyjechał krótki. Szybkie spojrzenie wgłąb Powstańców Śląskich pozwoliło mi na zauważenie, że kolejne E2 - tym razem długie - jest już niedaleko. Decyzja: poczekam, aż tak mi się nie spieszy.
7.32 - kolejne E2 okazało się równie passanger friendly jak poprzednie. Wejście graniczyło z cudem i większość chętnych została na przystanku wraz ze mną.
7.33 - dokonuje 3 niepokojących spostrzeżeń. Po 1 od 15 minut nie było żadnego 190, którym ewentualnie mógłbym dojechać do placu zamkowego. Po 2 nie zauważyłem żadnego ruchu na pobliskich torach tramwajowych. Po 3 zaczyna padać śnieg. Decyzja - wsiadam do pierwszego środka transportu z grubsza mi pasującego.
7.39 - po dwóch egzemplarzach 523, które nie nadawały się nawet na etapową podwózkę przyjeżdża 507, którym zaczynam podróż do Ronda ONZ
7.50 - dojechałem do początku Wola Parku - sypie coraz bardziej
7.54 - dostaje smsa od kumpla, ze już dojechał i zajęło mu to 45 minut. Mieszka na Młynarskiej, niedaleko Wolskiej, więc ma do pokonania mniej więcej 1/3 mojej trasy... Nie jest najlepiej...sypie już na maksa
8.00 - dojeżdżam do końca Wola Parku - chyba jeszcze nigdy nie obejrzałem jego bryły tak dokładnie - szczęśliwie jeszcze coś było widać przez okna.
8.12 - dotarłem do ul. Olbrachta. Za mną 3 przystanki...
8.18 - mijamy przewężenie z radiowozem, wiele nie widać - może dalej będzie lepiej
8.18-8.42 - dalej rzeczywiście jest lepiej. Jedziemy... wolno, ale bez większych katastrof. Sypie dalej
8.42 - wysypka przy rondzie ONZ. Ubrałem się (bo wcześniej w autobusie trzeba było zredukować trochę odzienie, żeby nie popłynąć). Poczekałem ze 3 minuty z tłumem innych, ale szybko mi się znudziło. Nie przyjechało nic. Nieszczególnie było widać czy coś ma zamiar za chwilę przyjechać - śnieg o to zadbał. Decyzja - czas się przespacerować.
8.47 - mijam "metro świętokrzyska" tłum na przystanku. Autobus żaden mnie nie minął, więc pewnie ten tłum nie ma szans na wejście do pierwszego autobusu który przyjedzie, bo ten zostanie zatkany przez tłum z ronda ONZ
8.54 - gdzieś na wysokości pl. Powstańców mija mnie 178. Przez chwilę jestem wkurwiony (dla niewtajemniczonych jedzie pod samą bramę UW). Po chwili jednak krzywo się uśmiecham - przypomniało mi się ilu było chętnych na ten autobus... sypie i wieje po oczach
9.02 - docieram do bramy UW. Nie ma nawet jednego rozdającego ulotki - możemy zacząć ogłaszać klęskę żywiołową
9.04 - przekraczam drzwi wydziału. Myślałem, że chociaż sobie bluzgnę, ale nawet mi się nie chce...

środa, 12 maja 2010

zbieram się...

Dawno nie pisałem niczego, więc przyszedł na to czas. Jako, że każdy post powinien mieć jakiś temat przewodni tak i ten będzie taki temat miał. Tematem tym będzie "zbieranie się". Proces ten zna każdy. Poprzedza on wiele wykonywanych przez nas czynności, a jego długość rośnie wraz ze wzrostem skomplikowania i czasu jaki musimy przeznaczyć na tę czynność. Są ludzie którzy zbierają się krótko i z góry mniej więcej wiedzą ile to będzie trwać (nazywa się ich zorganizowanymi lub systematycznymi). Legenda głosi, że tacy właśnie są wzorcowi uczniowie i pracownicy. Każdy zna kogoś, kto zna kogoś, kto taki jest, a przynajmniej ten ktoś znany o kimś takim słyszał. Zdecydowana większość z nas zbiera się dość długo i proces ten przebiega spontanicznie. Trwa mniej więcej do dnia po tym kiedy minął 3 wyznaczony przez nas deadline, w którym mamy się wziąć do roboty i kiedy średni czas jaki musimy poświęcać na wykonanie założonych przez nas zadań nieuchronnie odciśnie się na czasie normalnie poświęcanym na sen, którego przecież "normalnie" i tak nie ma w nadmiarze, bo przecież grono, nk, facebook i cała reszta porywających czynności które są jak mycie zębów czy wręcz oddychanie. Tak więc kończymy się zbierać i zaczynamy pracować. Zrazu powoli, bo przecież nie można od razu z kopyta, po jakimś czasie jesteśmy w stanie już pracować w pełnym ząłożonym zakresie, a nawet ograniczać zbędne czynności i chwała jeśli nie przyjdzie nam wtedy do głowy dzień przerwy, bo proces zbierania się bedziemy musieli rozpocząć od początku.

Właśnie kończę zbierać się do napisania do końca swojego licencjatu, trzymajcie kciuki.

czwartek, 22 kwietnia 2010

idą wybory

No to mamy pewną jasność, a właściwie pozostaje nam jedna niejasność jeśli chodzi o kandydatów na zaszczytny i jak się okazuje nie do końća bezpieczny urząd Prezydenta Przenajświętszej Rzeczypospolitej. Znamy już wszystkich kandydatów największych formacji politycznych poza PiS-em.

SLD wystawiło dziś do wyścigu Grzegorza Napieralskiego - swojego przewodniczącego. Świadczy to o tym, że nie liczą w tych wyborach kompletnie na nic. Napieralski należy do ścisłego jądra SLD. To on kopał dołki pod LiDem, a poza tym ma charyzmę, cytując klasyka, "mokrej ścierki". Nie ma żadnych szans na zyskanie poparcia jakichś szerszych gremiów, a śmiem twierdzić, że nawet część "obyczajowego" elektoratu sld zagłosuje raczej na Olechowskiego niż na Napieralskiego. Dużo sensowniejszym kandydatem, ze względu na możliwość pozyskania szerszego poparcia byłby Ryszard Kalisz.

Nadal wszyscy w napięciu czekają na ogłoszenie swojego kandydata przez PiS. Chyba w największym napięciu czeka na to sam PiS. Sądząc z wywiadów udzielanych przez polityków tej formacji w ostatnich dniach wszyscy w napięciu wyczekują aż prezes Jarosław westchnie i powie "dobra, to róbcie mi tą kampanię". Wiadomo, że każda inna kandydatura będzie miała etykietę "zastępczej". Nie do końca wierze też, że Jarosław Kaczyński tak bardzo się wacha czy wystartować. Rozumiem jego żal i rozdarcie po śmierci brata, ale nie sądzę, aby miało to wpływ na zakończenie przez niego kariery politycznej, a jeśli chce ją kontynuować to w tej chwili musi wystartować, chyba że...
... chyba, że nie zechce, ale to bardzo mało prawdopodobne. Dowiemy się w poniedziałek.

wtorek, 20 kwietnia 2010

i po żałobie

Skończyła się żałoba, zgadzam się w pełni z Rycerzem (http://grabarzek.blogspot.com), dosyć już tego. Nie wiem jak reszta narodu, ale we mnie nastąpiło tzw. zmęczenie materiału. Podobno człowiek jest się w stanie do wszystkiego przyzwyczaić. Nie wiem, czy to prawda, ale wiem, że do żałoby i mówienia o katastrofie przyzwyczaić się można bardzo szybko i bardzo szybko oba te fakty powszednieją, a po chwili są prawie zupełnie niezauważalne (w tym sensie, że my sobie a one sobie).

Ostatni akord katastrofy na moim blogu (przynajmniej chwilowo) to pare słów na temat pojawiających się prawie od pierwszej chwili. Pierwszą autorką takiej teorii (takiej, która dotarła do moich uszu) była moja sąsiadka z piętra, która zapłakana zadzwoniła do moich drzwi i stwierdziła, że Prezydent nie żyje i to wszystko przez Tuska. Pierwszym autorem o charakterze bqardziej publicznym był chyba poseł Górski, - ten od Obamy i końca cywilizacji białego człowieka - który już w sobotę, w telefonicznym wywiadzie dla RM, wzywał do zbadania, czy to nie Rosjanie nam strącili prezydencką tutkę. Potem za to przepraszał i tłumaczył się, że był w szoku. Potem pojawiały się kolejne teorie obwiniające raczej Rosjan niż Tuska, choć im niżej w społeczeństwo schodzono z tym pytaniem (oczywiście nikt nie odwarzył się zadać go wprost), tym częściej jednak pojawiał się Tusk, jako wg naszych rodzimych twórców główny beneficjent tego co się stało. Był oczywiście filmik na youtube, na którym ponoć słychać trzały i jak ktoś krzyczy "NIE !", z tego filmu bardziej wytrwali wyczytali nawet więcej. Kto jest zainteresowany zachęcam do zapoznania się z zawartością serwisu youtube. Na koniec coś dla fanów numerologii. Jakiś zacny człowiek przeliczył, że od 4 czerwca 1989 roku do 10 kwietnia 2010 roku minęło dokładnie tyle dni ile trwała II RP. Nie wiem, czy jest jakaś ogólnie przyjmowana data końca II RP, Rycerz proponuje 5 października 1939 - to zdaje się koniec kampanii wrześniowej. Jeśli ktoś ma na tyle zapału, żeby to przeliczyć to bardzo bym prosił napisać do jakiej daty dojdziemy - ja stawiam, że ktoś doliczył do 1 września, ale robie to z powody wrodzonej niewiary w ludzi do głębokich przemyśleń.

To chyba tyle na dziś, miałem napisać o tym co będzie w przyszłości - w sensie o wyborach, ale to już jutro. Bronek ogłosi termin wyborów, będzie okazja.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Długi tydzień

To był długi tydzień, można powiedzieć, że zaczął się w zeszłą sobotę. Wszyscy chyba wiedzą co się wtedy stało, ale dla jasności napiszę, że rozbił się samolot z polską delegacją na pokładzie, z Prezydentem RP na czele. Zginęła także jego żona Maria, kilkunastu przedstawicieli parlamentu, przedstawiciele wojska w tym całe nasze naczelne dowództwo i naczelne wojskowe duchowieństwo, przedstawiciele rodzin katyńskich i innych organizacji, kancelarii prezydenta, szef NBP, Rzecznik Praw Obywatelskich, oficerowie BOR, obsługa samolotu. W sumie 96 osób. Kto wsadził ich wszystkich do jednej maszyny pozostanie pewnie tajemnicą. W każdym razie żadne procedury nie zostały ponoć złamane. Ze zdrowym rozsądkiem nie miało to wiele wspólnego, ale zdrowy rozsądek jest w tym kraju rzadko wykorzystywany do tworzenia urzędowych procedur. W sobotę i w niedziele po katastrofie Polacy po raz kolejny pokazali, że organizowanie czegoś na wczoraj idzie nam zdecydowanie lepiej niż na za pół roku. Ludzie zaczęli spontanicznie przychodzić pod Pałac Prezydencki, składać kwiaty, zapalać znicze. Równie spontanicznie zareagował ZDM zamykając Krakowskie Przedmieście dla ruchu kołowego. Okazało się, że można wiele, wystarczy chcieć. Przez moment poczuliśmy się wszyscy zjednoczeni (jak zwykle w tragedii, ale mniejsza o to póki co).
We wtorek jedność narodową spotkał prawie śmiertelny cios w postaci propozycji pochówku Prezydenta wraz z małżonką na Wawelu (jest tam właśnie transportowany - while I'm writing this post). Kto to wydumał pozostaje póki co tajemnicą. Początkowo mówiło się o inicjatywie rodziny, potem ktoś z kancelarii prezydenta stwierdził, że rodzina została "przekonana" do tego pomysłu. Palce podobno maczał w tym także kardynał Dziwisz. Wiem jedno, ktoś albo cynicznie chciał coś na tym ugrać, bo nie na rękę mu była jedność narodu albo miał naprawdę mało przewidujący umysł, w kazdym razie wszystkim innym zabrakło jaj, żeby mu powiedzieć, żeby się zastanowił. Równie spontanicznie co wczesniejsze zgromadzenia na Karkowskim Przedmieściu, zaczęly się protesty pod krakowską kurią, w internecie wisi petycja protestacyjna pod którą podpisało się ponad 20 tysięcy ludzi. Generalnie i tak bło to wszystko psu na budę bo decyzja posżła w świat i jako, że 3/4 świata zadeklarowało swoją obecność na uroczystościach pogrzebowych to nic nie dąło się już odkręcić.

Właśnie, apropo obecności 3/4 światowych przywódców w tym wszystkich najwazniejszych. To deklarację wcieliło w czyn jedynie kilkunastu a z najwazniejszych jedynie prezydent Rosji (ciekawe, co by prezydent Kaczyński powiedział, gdyby mu jakiś jasnowidz przepowiedział, że najwazniejszym przywódcą na jego pogrzebie będzie właśnie prezydent Rosji). Całą resztę (w tym przewodzącego niezwyciężonemu narodowi amerykańskiemu) przeszkodziła chmura. Chmura pyłu wulkanicznego wyprodukowanego przez wulkan o wdzięcznej nazwie Eyjafjallajoekull - wulkan nazywa się tak gdyż położony jest na Islandii. Swoją drogą ciekawe co to oznacza. Ja ze swej strony proponuje nazwę "pogromca delegacji" albo coś podobnego. Wulkan rozszalał się jakiś tydzięń temu (szkoda, że nie tydzięń wczesniej, może Prezydent nie poleciałby do Katynia, choć znając go coś by wymyślił). Chmury nie widać gołym okiem, przynajmniej u nas (mamy błekitne niebo), ale ponoć jest groźna dla silników samolotów. Wisi nad połową Europy i nie ma zamiaru się ruszać (chociaż podobno jutro ma jej nad Polską nie być, tlyko nie wiadomo na jak długo). Wulkan cąły czas pluje wg mejscowych geologów może to robić jeszcze nie wiadomo długo jak.

Chmura więc wisi. Pogrzeb trwa, większość moich znajomych i ja ma już odrobinę dość żałoby. Wśród ludzi obecnych na uroczystościach nastroje się radykalizują. Co z tego wszystkiego wyjdzie zobaczymy...

post testowy

żeby zobaczyć jak wygląda...